Jest 8:00 rano, dziecko zakotwiczone w łóżeczku, ja w wannie
i piszę ten post. Klasycznie (żeby nie powiedzieć, że już oldschool’owo) –
długopisem w notesie, potem przepiszę. Jeszcze mi życie miłe, by elektroniki do
wody nie zabierać. Choć często w takich chwilach myślę o dyktafonie. Chyba
każdego z nas najlepsze pomysły dopadają w mało komfortowych do spisania
miejscach i momentach. No i mowa jako jedyna nadąży za burzą myśli. W
macierzyństwie doceniam wszystko co służy usprawnieniu i przyspieszeniu
wszelakiemu, zwłaszcza kiedy za ścianą mały człowieczek rozwala łóżeczko własną
głową (a może głowę o łóżeczko?)…